| Pyrkon 2011 - relacja Wookie'go |
| Wpisany przez Wookie | ||||||
| Poniedziałek, 04 Kwiecień 2011 08:53 | ||||||
|
To już był 5 pyrkon w mojej karierze, jednak jak mnie doświadczenie nauczyło żadna edycja poznańskiego konwentu nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina poprzedniej. A w tym roku dochodzi do tego zmiana lokalizacji i bardzo obszerny blok Star Trekowy, który wraz z przyjaciółmi z TrekSfery i eMPIRu udało się złożyć. Był to jak zawsze weekend pełen wrażeń dobrej zabawy i wydarzeń, którymi można by obłożyć kilka tygodniu, które nadal wydawałyby się arcyciekawe. Zapraszam do przeczytania mojej relacji. Piątek, 25 marca 2011Na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich dotarłem na pokładzie jachtu kapitańskiego. O dziwo na miejscu byliśmy jeszcze przed 16. Przy wejściu rozdzieliliśmy się - Mavis musiał zadokować wahadłowiec, ja musiałem się zaakredytować. Z lekkim przerażeniem zmierzałem ku głównym wrotom konwentu obawiając się o stan kolejki, ale bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. Nie było ani śladu kolejki, ani żadnego wielkiego tłoku, dowodem na to niech będzie to, że tuż przy wejściu dostrzegłem Deltę - odosobnionego reprezentanta Star Treka z Dolnego Śląska. Zamieniliśmy kilka słów, szybko się zaakredytowałem i od razu dołączyliśmy do kapitana już na terenie samego konwentu. Muszę przyznać, że już w tym momencie targi pokazały swoją wyższość nad poprzednią lokalizacją konwentu. Otwartych było kilka kas, do których tak jak obiecywali organizatorzy nie było kolejek. Wszystko sprawnie przebiegało. Dalej były bramki z czytnikami kodu kreskowego, także nikt bez identyfikatora nie miał prawa się prześlizgnąć. Czytniki w prawdzie mogłyby lepiej trochę działać ale nie będę się czepiał. Mając jeszcze kilka minut do oficjalnego rozpoczęcia konwentu poszliśmy obejrzeć wystawkę naszego klubu przy salach multimedialnych. Efekt był dość imponujący. Sam świeżo wydrukowany roll-up już świetnie się prezentował, ale w otoczeniu dwóch gablotek wypełnionych trekowymi gadżetami powodował, że każdy przechodzący konwentowicz zatrzymywał się w tym miejscu chociażby na chwilę. Tutaj należą się najwyższe słowa uznania i pochwały dla naszego kapitana, który załatwił formalności w drukarni oraz zorganizował gablotki. Dzięki temu na pewno byliśmy widoczni na Pyrkonie. O godzinie 16-tej, dotarlismy na aulę i pierwszy raz w mojej 5-letniej karierze pyrkonowej obejrzałem oficjalne otwarcie imprezy. Na sali odnaleźliśmy Fluora i The D z zaprzyjaźnionej TrekSfery. Niestety samo otwarcie nie było niczym szczególnym. Najpierw weszli koordynatorzy pod eskortą Imperial Troopers i przy akompaniamencie marszu imperium - dla trekkera nuda :P. Potem całe otwarcie polegało na wymienieniu wszystkich sponsorów i patronów konwentu. Oczywiście jest to zrozumiałe, taki smutny obowiązek, ale dla zwykłego widza mało interesujące, co w zasadzie potwierdziła liczba widzów. Na uznanie natomiast zasługuje ilość sponsorów. W tej kwestii organizatorzy również się postarali. Wychodząc z auli, odnaleźliśmy Raidera, a razem zmierzając już na konkurs Big Bang Theory odnaleźlismy Ocampę, Bartasa z Marleną oraz Cinusa.
Konkurs cieszył się ogromną frekwencją, co mnie w zasadzie nie dziwi. Niestety pytanie o wiek Sheldona, w jakim zaczynał studia pozbawiło nas szans na zajęcie promowanego miejsca i zakończyliśmy z siostrą nasz udział z 2 poprawnymi odpowiedziami i jedną błędną. Konkurs wypadł całkiem przyzwoicie. Pytania były mocno urozmaicone od banalnych po mega trudne i sporo zależało od szczęścia, jedynie do czego miałbym zastrzeżenie to wymieszanie pytań. Nie trudno było się zorientować, że są poukładane sezonami. Myślę jednak, że to nie wpłynęło w żaden sposób na dobrą zabawę jaka miała miejsce podczas tego punktu programu. Bartas świetnie panował nad sporą widownią, a kapitan wcielający się w powabną Penny wszystkich położył na łopatki:D Jako szanujący się trekkerzy pozostaliśmy w sali konkursowej na kolejny punkt programu, czyli "Zostań moim Spockiem". Bardzo byliśmy ciekawi co to za konkurs i kto go robi. Zabawa polegała na odgrywaniu znanych z TOSa scenek w dość wolnej interpretacji. W szranki stanęły aż 3 drużyny z Posnanii: Mavis i ja, Bartas z Raiderem oraz w ostatnim momencie zgłoszeni Ocampa i Julka. Ostatecznie na 6 zespołów połowa to byli reprezentacji WOGF. Pierwsza scenka to klasyk nad klasykami... pojedynek z Gornem, następnie scena z Triblami w messie na pokładzie Enterprise'a oraz na koniec mindmeld z Hortą. Kreatywność drużyn była naprawdę imponująca. Każdy zespół podszedł do danego tematu zupełnie inaczej i w każdym występie było coś ciekawego i oczywiście śmiesznego:D Ostatecznie wygrał Bartas z Raiderem - chłopaki dali czadu:) Na trzecim miejscu natomiast uplasowałem się ja z naszym kapitanem. innymi słowy WOGF rules:D Szkoda jedynie, że publiczność i uczestnicy nie do końca wiedzieli co i jak było oceniane przez sędziów.
Pierwszy dzień kończył, tradycyjnie już, turniej Star Trek CCG. Walka była zacięta i ostra. Nie jeden raz prawie polała się krew. Widać z jaką pasją załoga Posnanii podchodzi do swojej ulubionej karcianki. Niestety nikt spoza naszego klubu nie zgłosił się do turnieju, także grała nas piątka: Ocampa, Mavis, Raider, Bartas i ja. Brakowało nam trochę Beyo, który na pewno nieźle zamieszałby w stawce, a i nikt nie musiałby pauzować, bo była by parzysta liczba uczestników. Turniej był bardzo ciekawy ale tez intensywny, bo każdy mocno walczył o swoje. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Wygrał Ocampa, ja zająłem 2 miejsce, a trzeci był Raider, dalej Bartas (nieźle jak na debiut) oraz borgowy Mavis. Żeby troche ostudzić gorącą atmosferę oraz w ramach integracji z trekkerami z całej Polski (tak brzmi to epicko :P) postanowiliśmy wybrać się na piwo. Wesoła drużyna (tudzież away team) w składzie: Delta, Raider, Bartas, Marlena, Julka i ja zmierzaliśmy szybkim krokiem ku wyjściu. Tam spotkalismy przy kasie akredytacyjnej Scimitara, Waterhouse'a i Artura, czyli krakowsko-warszawską reprezentacje Star Treka. Chętnie przyłączyli się do naszej misji, trzeba było tylko przezwyciężyć problemy z akredytacją oraz miejscem na nocleg. Po półtoragodzinnym marszu w różne dziwne miejsca w końcu dotarliśmy do wodopoju i mogliśmy sobie swobodnie i ze spokojem porozmawiać na wszelkie tematy wokótrekowe i wokółkonwentowe. Zabawa była na tyle udana, że gdy zamykano nam jedną knajpę, przenieśliśmy się do kolejnej, gdzie raczyliśmy się piwem (jasnym i ciemnym), wiśniówką i pina coladą, nie będę pisał kto ją zamówił :P Misja zakończyła się ostatecznie przed 5-tą nad ranem, więc można ją zaliczyć do udanych:) sobota, 26 marca 2011Poranek nie należał do najprzyjemniejszych... 3 godziny snu to zdecydowanie za mało:D Jakby tego było mało, opiekunka bloku multimedialnego postanowiła przyprawić mnie o zawał, twierdząc, że to ja mam prelekcję o 10 rano o tłumaczeniach tytułów filmów. Dodam, ze była 9:30 i nie byłoby szansy dojechać na konwent na czas. Prawie zszedłem... Okazało się, że pomyliła mnie z naszym kapitanem:P Mimo ogromnych starań, nie dotarliśmy punktualnie na prelekcję Mavisa na 10. Zdążyliśmy na drugą jej część. Oceniać jej nie będę, ale powiem tylko, że wzbudziła sporo kontrowersji wśród słuchaczy. Kiedy się skończyła, postanowiliśmy z Julką zjeść w końcu jakieś śniadanie :P W drodze do bufetu trafiliśmy na Bartasa i Marlenę. Jak sie okazało śniadanie stało się też ich priorytetem i w czwórkę poszliśmy do jadłodajni. Po godzinnym, posilającym śniadaniu wróciliśmy do gry:D A ponieważ cała sobota wypełniona była trekowymi atrakcjami zapowiadało się ciekawie. W samo południe prelekcję miał Scimitar na temat mniej znanych klas okrętów federacyjnych jakie mieliśmy okazję zobaczyć na ekranie - często tylko przez ułamki sekund. Był to bardzo ciekawy wykład, z którego miłośnik Star Treka powinien czegoś cennego się dowiedzieć. Prezentacja przygotowana była bardzo ciekawie, z mnóstwem zdjęć, które uatrakcyjniały wystąpienie. Godzinę później przyszła kolej na wolny czas w Gwiezdnej Flocie, czyli prelekcja Fluora. Była to doskonała kompilacja wszystkich aktywności kulturalno-rozrywkowych o jakich wspomniano w odcinkach i filmach z uniwersum ST. Oprócz multimedialnej prezentacji prelegent uraczył nas kilkoma fragmentami filmów na poparcie swoich tez. Również była to bardzo dobra pozycja w tegorocznym programie.
Po Fluorze przyszła kolej na moją prelekcję, czyli "Star Trek - nie takie uniwersum straszne jak je malują". Frekwencja na sali była naprawdę spora. Szczerze nie spodziewałem się aż takiego zainteresowania. Starałem się przekonać, że Star Trek to nie tylko te krzywdzące stereotypy, które tak często słyszymy. Mam nadzieję, ze chociaż w minimalnym stopniu przekonałem o tym słuchaczy ( wiem, że moich znajomych, którzy dotarli na konwent z Gostynia nie udało się przekonać :P). Najważniejsze, że nikt z panicznymi okrzykami nie uciekał w trakcie mojego wystąpienia - tego obawiałem się najbardziej:P Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć, a już trzeba było biec na taktyczny konkurs trekowy, który miałem prowadzić z Raiderem. Nasz pokładowy Romulak przygotował bardzo fajny programik obsługujący nasz konkurs. Szkoda, że w podejrzanych zielonych barwach i z czarnym krukiem w logo:P ale i tak zrobił spore wrażenie na widowni i uczestnikach. Po tym jak rozwiązaliśmy drobne usterki techniczne mogliśmy spokojnie przystąpić do konkursu. Faktem jest, że chyba przytłoczyliśmy poziomem trudności naszych uczestników. Były spore problemy z odpowiadaniem nawet na, jak nam sie wydawało, łatwe pytania. Nie było na pewno źle, ale wiemy co musimy poprawić, aby ten punkt programu był przyszłości jeszcze bardziej atrakcyjny. Tradycyjnie wygrał Wilczek, gratulacje również dla Delty i Beyo. Kolejnym punktem był filmowy konkurs Star Trek prowadzony przez Bartasa i Raidera. Miałem w planie nawet brać w nim udział, jednak rosnący w siłę z każdą sekundą głód wygrał z tym zamiarem. Także z Julką, moją siostrą Dynaheir i Abottem poszliśmy posilić się do markowego pobliskiego fastfooda. Po posiłku wpadliśmy na pomysł wypróbowania kilku gier w Games Roomie. Zagraliśmy sobie w Rice Wars oraz karciankowego Wiedźmina. Pierwsza gra nie zachwycała. Niejasne zasady, kiepsko na dodatek przetłumaczone z wersji angielskiej, wyraźnie też czegoś brakowało samej rozgrywce. Po jednej partyjce przerzuciliśmy się na Witchera. Tutaj było dużo lepiej. Jasne, proste reguły. Ciekawa oprawa graficzna - zrzuty z gry komputerowej, fajna mechanika. O wiele lepiej się przy niej bawiliśmy, a na koniec Abott nabył drogą kupna własny egzemplarz. W międzyczasie ja i Julka musieliśmy mocno wspierać się kofeiną, bo 3 godziny snu plus dobry, ciepły i niezdrowy posiłek dawał o sobie znać. Wszystko by było ok, gdyby nie oburzające i absurdalne ceny kawy na terenie konwentu. Jest to skandal, żeby za piątaka kupić sobie pół filiżanki kawy (nie espresso, zwykłej kawy!!). W 5-gwiazdkowej restauracji niedługo byłoby taniej. Ale dzięki temu dotrwaliśmy do 23, kiedy to swoją prelekcje o seksie w Star Treku miał wygłosić Waterhouse. Mimo ciągłej walki ze snem przyjemnie słuchało się tego, co miał do powiedzenia nasz kolega. Dało się zauważyć niezmierną swobodę z jaką prowadzi on prelekcję. Z mojej strony należą się Waterhause'owi słowa uznania. Sam wykład również był ciekawy. Kiedy wybiła północ i wykład się skończył zebrani na konwencie trekkerzy wysunęli propozycję kolejnej integracji. Niestety mój organizm odmówił posłuszeństwa i wraz z Julką powiedzieliśmy PASS. Błogi sen opanował nas około 1:D W przeciwieństwie do imprezujących trekkerów. Niektórzy z nich w ogóle nie poszli spać - podziwiam :P Niedziela, 27 marca 2011Niedzielny poranek był całkowicie inny. Byliśmy wyspani, na sam konwent bez pośpiechu dotarliśmy przed 11. Ponieważ żadnego ciekawego punktu programu w tym czasie nie było nadrobiliśmy trochę zaległości w stoiskach i sklepikach konwentowych. Przy okazji udało się wydać sensownie wygrane PyrFunty, chyba w ostatnim momencie, kiedy była względnie mała kolejka i w miarę ciekawy asortyment do wyboru. W tym roku i tak muszę przyznać sklep z nagrodami działał zdecydowanie sprawniej, widać był ład i panowanie nad tłumem. wszyscy stali grzecznie w kolejce i czekali na swoją kolej. Nie było bezsensownych przepychanek. Kolejny duży plus dla organizatorów. W południe były dwie atrakcje: konkurs disneyowski - Julka i Dynaheir brały w nim udział - podobno kiepsko zorganizowany niestety - zainteresowanie przerosło prowadzącą. Natomiast w holu przed salą konkursową rozpoczynała się licytacja gier planszowych i karcianych. Godzina stania zaowocowała zakupem niezłej karcianki za połowę ceny :D. Pozostało godzinne okienko przed naszą perełką klubową czyli technobełkotem. Przeczekaliśmy ten czas w Games Roomie niektórzy grając w Chez Geeka, a inni o prostu rozmawiając. Wbrew późnej godzinie, bo konkurs zaczynaliśmy o 14-tej, frekwencja na Technobełkocie była duża, co ostatecznie zaowocowało w rekordową liczbę uczestników. W jury zasiedli: Bartas, Marlena, Raider i ja, prowadzącym jak zawsze był nasz kapitan Mavis:) W tej edycji zaproponowaliśmy 3 kategorie. Znane postacie, komendy na mostku (de facto cytaty z ST) oraz klasycznie przedmioty. Ze względu duże zainteresowanie odbyło się po jednej rundzie z każdej kategorii. Poziom technobełkocenia uczestników był nieco niższy niż w poprzednich edycjach, jednak cieszy fakt, że w konkursie nie brał udziału żaden trekker. Wszyscy uczestnicy nie byli związani ze Star Trekiem, a właśnie wśród nich zawsze chcieliśmy zaszczepić sympatię do tego punktu programu (przecież trekkerów nie trzeba przekonywać :P). Zabawa była przednia, uczestnicy byli bardzo kreatywni i często oryginalnie podchodzili do zadań. Często komisja miała spory problem z oceną zawodnika. Podsumowując trzecia edycja technobełkotu mimo późnej pory rozpoczęcia zakończyła się sukcesem. PODSUMOWANIEPyrkon 2011 naprawdę mnie pozytywnie zaskoczył. Widać, że organizatorzy starają się ciągle udoskonalać swój konwent i co najważniejsze jest to zauważalne. Oczywiście bez potknięć też się nie obyło, ale przy tak dużym przedsięwzięciu jest to nieuniknione. W skrócie do plusów zaliczyć można:
minusy:
|


